B O C I A N Y
FORUM MIŁOŚNIKÓW PTAKÓW I PRZYRODY

WITAMY WSZYSTKICH SERDECZNIE
I ZAPRASZAMY DO MIŁEGO SPĘDZENIA CZASU Z NAMI

NASZE HOBBY - Moje zabawy-2 z radiem

Wit2 - 2017-04-15, 22:08
Temat postu: Moje zabawy-2 z radiem
Nasłuchowcy

Niedawno, zespół „Skaldowie” obchodził swoje 50 lecie. Nie do wiary jak ten czas zleciał !
W roku 1976 nagrali piosenkę pt „Szanujmy wspomnienia” :
( https://www.youtube.com/watch?v=1pR8sgGnI3U ) – posłuchajcie proszę.

Właśnie słowa w niej zawarte „Bo warto coś mieć, gdy zbliży się nasz "fin de sičcle" spowodowały mój powrót do miłych (przeważnie) dla mnie wspomnień.
Poprzednio starałem przybliżyć nieco o co chodzi w krótkofalarstwie i wspominałem o niektórych moich łącznościach. Ale jest też grupa krótkofalowców nie nadających a jedynie słuchających (na pasmach krótkofalowych) rozmów innych krótkofalowców.
Nazywają się Nasłuchowcami. Ich kodowe określenie w naszym slangu oznaczone jest literkami SWL. To od angielskiego : Short Wave Listens - (krótkie fale słucha). Do tego nie trzeba mieć nadajnika a jedynie antenę i odbiornik na fale krótkie. Obecnie, podłączenie takiego odbiornika z komputerem, pozwala odbierać i czytać wiele rodzajów emisji używanych na KF-ie przez nadawców. Zwolennicy SWL mogą się zarejestrować w PZK i otrzymać swój własny znak nasłuchowy. Wtedy mogą wysyłać do nadawców swoje własne karty SWL otrzymując ze świata potwierdzenia takie, jakie dostają nadawcy. Bycie nasłuchowcem daje dobrą szkołę zwyczajów i stanowi świetne przygotowania do zostania dobrym nadawcą. Sam przed zdaniem egzaminu i otrzymaniem własnego znaku nadawczego, wiele godzin spędziłem słuchając rozmów starszych w doświadczenie kolegów. Wiele klubów KF, wymagało od swych wychowanków by przedkładali im swoje dzienniki nasłuchów. W przepisach prawa i wszelkich regulaminach podkreślany jest obowiązek dotrzymania tajemnicy korespondencji. Oznacza to zakaz rozpowszechniania wiadomości nie przeznaczonych dla przysłuchującego się.

Nasza stacja klubowa była swego czasu bardzo aktywna i dobrze słyszana na terenie kraju i bliskiej zagranicy. A jak propagacja pozwalała, to nawet na innych kontynentach. Otrzymywaliśmy i wysyłaliśmy karty QSL potwierdzając sobie wzajemnie nasze pierwsze łączności na danym paśmie lub nową emisją. Otrzymywaliśmy też wiele kart SWL.
W połowie ubiegłego wieku, druk własnych kart QSL nie był tani. W dodatku każdy chciał aby miała ona swój własny charakter, spełniając jednocześnie przyjęte światowe wymogi.
Warto przypomnieć o tym, że w tamtych latach jakikolwiek druk (w tym też własnych kart QSL czy SWL) wymagał uzyskania zgody udzielanej przez "Główny Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk", (od 1981 "Główny Urząd Kontroli Publikacji i Widowisk"). Dodatkową trudnością było uzyskanie przydziału papieru na taki druk ! Obowiązywało to praktycznie do czerwca 1989. Po tym terminie oficjalna cenzura przestała działać.
Każdy starał się oszczędnie gospodarować swymi z trudem drukowanymi kartami. Cierpieli przez to i nasłuchowcy, bo ich karty nie przydawały się nadawcom do żadnych dyplomów czy zaliczeń. Wszelkie karty (QSL i SWL) dochodziły do adresatów z opóźnieniem nawet i rocznym. Aby przepisowo potwierdzić SWL, należało wpierw pracowicie odszukać w swym dzienniku wskazaną łączność, sprawdzić czy data, czas i emisja są zgodne (aby nie potwierdzić to czego nie było !) i wtedy napisać „CFM SWL” lub „Confirmation SWL” (potwierdzam nasłuch).
Przyjęto, by za łączności krajowe, na karcie SWL były wykazane co najmniej 3 łączności z danej stacji. Chyba, że był to nasłuch stacji pracującej tylko krótki czas Np z obozu lub innej okazji).
Wśród wielu dostarczonych kart SWL, uwagę moją zwróciła karta narysowana na bristolu ręcznie, bardzo precyzyjnie, z wieloma dokładnymi nasłuchami, opatrzona dokładnym adresem wysyłającego. Niebawem dostałem podobną, tak samo dokładnie wykonaną z nieco innym numerem i imieniem ale tym samym nazwiskiem i adresem. Bardzo mi się taka dokładność spodobała. Gdybym wtedy wysłał przez Biuro QSL naszą potwierdzającą kartę, doszłaby ona do adresata dopiero po kilku miesiącach. Postanowiłem wysłać tym braciom swoje potwierdzenie przez pocztę. Wtedy wystarczał znaczek za 60 groszy i koperta.
Dostałem pocztą podziękowanie i odpowiedź razem z zaproszeniem do odwiedzin w ich domu.
Pisałem już, że bardzo lubiłem słuchać łączności prowadzonych przez Klemensa SP2BE. Trafiłem na jego rozmowę z dawnym swoim kolegą nadającym z Wielkiej Brytanii (GB).
Na naszej klubowej antenie słabo słyszałem GB. Klemens prosił kolegę, aby poszukał w brytyjskich w sklepach modelarskich i zakupił farby wodoodporne. To dla młodych pasjonatów, niestety niepełnosprawnych, zajmujących się modelarstwem okrętowym i krótkofalarstwem. Mieszkają na wsi i nie mogą sami się poruszać (i tu wymienił ich adres). Bardzo szybko skojarzyłem o kim mówi i zmartwiło mnie, że są niepełnosprawnymi.
W roku 1980 dostałem od jednego z nich, Antoniego, kartę SWL już na mój prywatny znak, pod którym pracowałem z terenowego QTH (na wyjeździe, poza miejsce zamieszkania).
Karta ta była już drukowana, nie rysowana ręcznie. Niedługo po tym, musiałem jechać do Zielonej Góry. Po drodze, zauważyłem na drogowskazie nazwę miejscowości wymienionej na jego karcie. Nazwisko pamiętałem i postanowiłem skręcić i odwiedzić tych braci. Dom odnalazłem, zapukałem i się przedstawiłem. Wpuszczono mnie do pokoju gdzie przeżyłem prawdziwy wstrząs – obaj chłopcy siedzieli przy stole na którym był odbiornik ale potrafili się jedynie z wielkim trudem nieco odwrócić. Byli obaj chorzy na polio. Nogi i ręce okropnie powykręcane. Bardzo się ucieszyli z odwiedzin a ja byłem tym bardzo speszony. Wcześniej nie przypuszczałem, że ta ich „niesprawność” jest aż tak wielka.
Na szafie stały modele okrętów przez nich samych posklejane i pomalowane.
Jak to potrafili zrobić przy takim kalectwie ?! Zaznaczyli, że sami wszystko zrobili, bez niczyjej pomocy. Wyobraziłem sobie ile to wysiłku musiało kosztować. Ich Mama musiała pomagać im przy ubieraniu, wsadzać na krzesła... Wyznali, że ich największym pragnieniem jest móc samemu porozmawiać przez radio i dać innym znać o sobie. O ich wyjeździe na jakiś egzamin nie mogło być przecież mowy ! Obiecałem, że porozmawiam z kolegami z PZK.
Po powrocie do domu natychmiast dzwoniłem do znajomych kolegów, prosząc by poparli pomysł (w ramach usprawiedliwionego wyjątku), egzaminu wyjazdowego u nich w ich domu. Ci chłopcy doskonale znali wszelkie regulaminy a ich Dzienniki nasłuchowe mogły być wzorem dla innych. Wsparli ten pomysł koledzy Janek SP3AMZ, Klemens SP2BE, oraz inni koledzy z którymi rozmawiałem także. Niektórzy oferowali nawet wypożyczenie im swych sprawnych ale już nie używanych nadajników jednopasmowych na fale 80 m (zasięg krajowy).
W tamtych latach, nawet po pozytywnym zaliczeniu egzaminu, na wydanie Licencji i przyznanie znaku, trzeba było długo czekać. Odpowiednie „służby” musiały zebrać wszelkie opinie o chętnym i wydać swoją zgodę. A to wszystko trwało.

Widocznie było więcej takich „ludzi dobrej woli” bo po miesiącu z radością usłyszałem na paśmie 80 m nowy znak. Niestety, rozmawiał tylko Antoni bo brat Marek był chory. Ich Mama już wcześniej powiedziała mi, że lekarze nie dają chłopcom nadziei na dłuższe życie...
Po jakimś czasie, dostałem od Antoniego list, w którym prosił aby wystarać się o drut nawojowy, bo w wypożyczonym nadajniku spalił się transformator. Napisał że ma chętnego co to zrobi jeżeli dostanie odpowiedni drut. Podał średnicę i wagę. Udało mi się spełnić tą prośbę i drut wysłałem w odpowiednim kartoniku.
Był to przecież okres wielu strajków i kłopotów z zaopatrzeniem. A ceny wszystkiego rosły wielokrotnie. Były też wielkie kłopoty też z benzyną.

Skończyło się to jak wiadomo „stanem wojennym”. Wtedy wszyscy nadawcy musieli oddać do depozytu swoje nadajniki i unieważniono Licencje.
Po odwołaniu tego „stanu”, jeszcze długo musieliśmy czekać na ponowne wystawienie Licencji i oddanie nadajników. Nawet myśliwi odebrali swoją broń kilka miesięcy wcześniej !
W 1983, nadarzyła się ponownie konieczność jazdy do Zielonej Góry i postanowiłem znowu odwiedzić Antoniego. Niestety nie zastałem go, bo oboje już wtedy nie żyli.
Dzisiaj, gdy sam zaczynam mieć kłopoty ze zdrowiem i chodzeniem, jeszcze bardziej doceniam upór Marka i Antoniego do spełnienia swych marzeń o porozmawianiu ze światem zewnętrznym. Doceniam ich upór w dążeniu do celu. Doceniam, podziwiam i pamiętam !

Jak napisałem o nasłuchowcach to pokażę kilka takich kart SWL.
Nasze nie są takie piękne jak te z bogatszych krajów ale świadczą o swoistej pasji do tego aby być zauważonym. Dla początkujących i mniej zasobnych, organizacje takie jak PZK i LOK drukowały tanie karty na których należało przystawić pieczątkę ze swoim znakiem SWL lub Nadawczym. Rubryki już były wydrukowane – jedynie je wypełnić, podpisać i wysłać do Biura QSL.
Tak jak na obrazkach :




Tutaj pokażę kilka zagranicznych. Tak jak uprzednio, część własnego znaku zamazałem.


Dla zobrazowania że i SWL ma rację bytu oraz może być bardzo pomocny także w ratowaniu życia, przytoczę przykład wyprawy Nobilego z 1928r.
Umberto Nobile poleciał sterowcem „Italia” na biegun północny. Sterowiec był wykonany wg jego projektu. W czasie lotu, przeleciał nawet nad polskimi Katowicami bo w czasie burzy i mgły, pomylili się w nawigacji nad Sudetami. Z jego pokładu podawano telegraficzne meldunki o locie.
Osiągnęli biegun północny 24 maja 1928. I to był ich ostatni meldunek. Tą wyprawą interesował się prawie cały świat. Na wiadomość o zaginięciu sterowca, wiele krajów oferowało swą pomoc. Nawet Polska Poczta zadeklarowała, że za telegram z wiadomością o Nobilem, nie będzie pobierać żadnych opłat od nikogo. A płaciło się za każde słowo w telegramie.
Także słynny norweski polarnik Roald Amundsen wraz z pięcioosobową francuską załogą wodnosamolotu, wyruszył na poszukiwania ekspedycji Nobilego.
Dopiero dnia 3 czerwca, rosyjski nasłuchowiec 22-letni Nikolai Schmidt z małej wioski Wohma (?) w okolicach Kirowa, odebrał jako pierwszy wołanie o pomoc. Powiadomił wszystkich na jakiej częstotliwości „Italia” nadaje i że woła o pomoc. Tak umożliwił nawiązanie łączności z rozbitkami.
Gdyby nie on, nikt by nie odebrał słabiutkiego sygnału wysyłanego od rozbitków z kry lodowej na której znaleźli ci co przeżyli katastrofę. Bez żywności, ciepłych ubrań i rezerwy zasilania.
23 czerwca szwedzki pilot Einar Lundborg wylądował obok nich na lodzie i zabrał ze sobą rannego Umberto Nobilego. Pozostałych żyjących członków wyprawy, uratowała załoga radzieckiego lodołamacza „Krasin”.
Niestety, przeżyło tylko dziewięciu z osiemnastoosobowej załogi.
Także niestety, w czasie poszukiwań „Italii”, 18 czerwca zaginął (pomiędzy Norwegią a Spitsbergenem) słynny norweski polarnik Roald Amundsen wraz z załoga wodnosamolotu. Odnaleziono po długim czasie jedynie części z tego samolotu.
Wysoka bywa cena za szukanie sławy.

Więcej o tej wyprawie -
https://pl.wikipedia.org/wiki/Umberto_Nobile

Dla upamiętnienia tej tragedii, 75 lat po niej, włoscy nadawcy wysyłali takie karty :


(c.d.n może nastąpić )

Ela237 - 2017-04-16, 00:44

Wit, dziękuję najpiękniej, jak potrafię. Bardzo ciekawy jest ten świat krótkofalowców. Wzruszyła mnie bardzo historia Antoniego i Marka. Niecierpliwie czekam na więcej. Do czasu Twoich opowieści, o krótkofalarstwie właściwie nic nie wiedziałam.
Wędrowiec - 2017-04-17, 21:58

Nasza wiedza znów poszerzyła się. Dzięki takim jak Wit pasjonatom nawiązywane były kontakty i z ciekawymi, i zwykłymi ludźmi z całego świata, ale najbardziej wzruszająca jest historia braci, którzy walczyli z chorobą, a mimo tp znaleźli zainteresowania, które z pasją realizowali.
Wit2 - 2017-05-12, 12:44

Obóz ZHP w Mrowinie; CAS, sierpień 1981

Lata 1978 do 1989 były w naszym życiu bardzo nabrzmiałe wydarzeniami rozmaitej natury. Przede wszystkim – społecznej. Ale też w radiowym światku działo się niemało.
Pamiętam, jak pewnego razu przybiegł do mnie kolega z nie odrzucalną prośbą : „Musisz reprezentować nasz Klub na obozie CAS”.(Centralna Akcja Szkoleniowa ZHP).
Dlaczego ja ? – zapytałem. Okazało się, że tylko ja zostałem na miejscu, bo inni członkowie naszego klubu już gdzieś wyjechali a Komenda Chorągwi Poznańskiej musi mieć koniecznie radio z obsługą na obozie.
Nie bardzo mi to pasowało, bo za dwa dni miały do nas zjechać nasze krewniaczki na wakacje. Już dawno temu zaproszone i wszystko uzgodnione z ich rodzicami. Było ich w sumie cztery i to same dziewczyny. Nasi synowie już wyjechali wcześniej na wycieczki lub obozy.
Małżonka stwierdziła : dam sobie radę z nimi sama, możesz jechać.
Przekazałem odpowiedź, że mogę jechać ale autobus musi podjechać po mnie, bo sam całego potrzebnego sprzętu nie zabiorę by autobusem dojechać do Poznania i stawić się w Komendzie. Zgodzili się i poszedłem się pakować. W jednej walizce transiwer (właściwie - transceiver) i wzmacniacz końcowy na lampach z tzw „pi-filtrem” oraz zapasowe lampy. W drugiej „wyjazdowa” antena G5RV, dodatkowe odcinki kabla koncentrycznego, zwoje linki mocującej, lutownica, zegar stacyjny, dziennik stacji, drobne elementy wymienne, uziomy i... ile się dało jeszcze upchnąć – zmiana bielizny i akcesoria kosmetyczne. Jedzenie na drogę w oddzielnej siateczce. Walizki były pękate. Trudno, to taka nasza „domowa” konstrukcja i nie umywała się do zwartych fabrycznych urządzeń. Ale pracowała dotychczas bez zarzutu na wszystkich wyjazdach, tyle że dość ciężka i mało „mobilna” dla jednego człowieka. Normalnie to jeździła sobie na kanapie „Syrenki” a nie w walizkach. Jak zakładałem swoją kurtkę to zadźwięczały umieszczone w kieszeni domowe klucze. Pomyślałem : na obozie żadne klucze nie będą mi potrzebne i jeszcze mogę je zgubić a dziewczynom mogą się przydać w czasie bytności u nas. Odwiesiłem je na wieszaku i poinformowałem o tym żonę. Zapytałem jeszcze, czy planuje jakieś wyjazdy w czasie mej nieobecności. Jedź spokojnie i się niczym nie przejmuj, nigdzie z miasteczka nie będziemy się ruszać – powiedziała.

Wytargałem swoje pakunki na główną drogę osiedla i czekam. Niedługo potem autobus napełniony młodzieżą podjechał i wsiadłem. Pod wieczór dojechaliśmy. Pogoda była upalna, jak to często bywa w sierpniu. Grupa kwatermistrzowska już tam była i zaczęliśmy się rozpakowywać. Było to miejsce otoczone lasem z jedną dróżka leśną przebiegającą skrajem. Taka typowa leśna stanica harcerska.
Kierowca autobusu ponaglał, bo chciał wracać. Drużyny rozpinały swoje namioty a ja zostałem ulokowany w drewnianym baraczku na pięterku z dwoma małymi oknami i gniazdkiem elektrycznym. Była też działająca lampa z żarówką.
Zadzwonili na kolację, tzn. gorąca kawa i co kto tam ze sobą zabrał. Potem apel, sprawdzenie stanu obecności i przyjęcie do wiadomości rozkładu dnia następnego.
Moje okienka wychodziły na plac apelowy. Na prawo. blisko przepływającej rzeczki była kuchnia na lewo od niej – miejsca do mycia i osłonięte miejsca do kąpania. U szczytu ‘mojego’ baraczku, sterczał niewysoki komin. Dalej, na przedłużeniu, zadaszona wiata z paleniskiem na ognisko, stołami i ławkami. Na lewo, zaraz za terenem namiotowym i ścieżką - wysoki las. Rozglądałem się za miejscem do rozwieszenia anteny. Samo rozwieszanie zostawiłem na następny dzień. Rano, musiałem się spieszyć, bo powinienem zgłosić się do godziny dziewiątej na wyznaczonej częstotliwości (przyznanej jako służbowa) w paśmie 80m.
Jeden koniec anteny przymocowałem do długiej znalezionej tyczki którą umocowałem do komina a drugi koniec wypadało umocować poza miejscem namiotowym i ścieżką. Rosły tam wysokie sosny. Ale jak tam wejść ? Po porannym apelu, poprosiłem o chętnych do pomocy. Zgłosiło się wielu, ale jak powiedziałem o co chodzi, jedna z dziewczyn głośno zawołała : „Druh Wiewiórka – do mnie !” Przybiegł krępy chłopak i po wyjaśnieniu o co chodzi, odparł : „nie ma problemu, jak wysoko to ma być ?” No jak najwyżej. Najlepiej by można było u dołu zaczepić koniec aby można potem naciągnąć lub popuścić. Linki miałem (takiej jak do rozwieszania prania) całe dwa zwoje. Chłopak ubrał rękawice i za chwile, na naszych oczach był już na wysokości trzeciego pietra z końcem linki w zębach. Znalazł wystający sęczek, zaczepił linkę, spuścił jej koniec w dół i zszedł na ziemię. Byłem tą jego zręcznością i sprytem oczarowany. Przywiązaliśmy spuszczony koniec do pnia a drugi koniec do rozciągniętej na ziemi anteny i naciągnęliśmy. Trochę skośnie, ale antena wisiała. Teraz trzeba sprawdzić, czy daje się zestroić przez skrzynkę antenową. Trochę niemrawo, ale działa. Wolałbym mniejszą falę odbitą. Nasza, jak pewnie każda G5RV, lubiła gdy odcinek symetryczny linii zasilającej wisi pionowo a tutaj wisiał skośnie. Ale można było się zameldować na czas. Meldunek przyjęli, podali godziny kontaktów i terminy odbioru komunikatów. Miało ich być trzy codziennie. Komunikaty miałem notować i przekazywać Komendantowi obozu. Przed obiadem, zdążyłem jeszcze założyć oddzielne uziemienie dla nadajnika i przedłużyłem koncentryk o 1,5m. Poprawiło to wskazania przy strojeniu.

Wyszukałem na paśmie pracującą stację i zawołałem. W porządku, raporty dostałem dobre, więc stacja jest słyszalna. Musiałem jedynie przekazywać meldunki i odbierać komunikaty Bazy. Słyszalność nadajnika Bazy, była słaba i nie raz musiałem prosić o powtarzanie. Inne stacje z pozostałych podobozów też na to narzekały. Za to stacje w dalszych odległościach od nas, podawały że Bazę odbierają całkiem dobrze. Pewnie miała za nisko umieszczoną antenę. Okazało się to potem prawdą ale nikt, poza operatorem Bazy, nie mógł nic na to poradzić.
Obszedłem dookoła cały teren i zobaczyłem naszego kwatermistrza w rozmowie z kimś miejscowym. Okazało się, że jest to właściciel tego kawałka lasu, który nam go po prostu wynajmował na stanicę. Pokazał właśnie, dokąd ta jego część lasu sięga. „Tu do tych brzózek jest moje i możecie stąd zbierać sobie chrust i gałęzie, tam dalej to jest mojego szwagra i tam nie chodźcie, bo będzie robił awanturę” – powiedział. Bardzo mnie to zdziwiło, bo w poznańskim były chyba jedynie Lasy Państwowe. Pierwszy raz byłem w prywatnym lesie !


Poza wyznaczonymi terminami, robiłem łączności z nadawcami z SP. Nasz znak klubowy dawał za łączność literkę „U” potrzebną do dyplomu „Czuwaj” (Z literek stemplowanych na QSL-kach trzeba było ułożyć hasło „Czuwaj”). Dodatkowo dawaliśmy punkty do dyplomu „Obozy Harcerskie”. (regulaminy obecne są już zmienione)

W którymś z pierwszych komunikatów dostałem informację, że brak łączności jednego podobozu z Bazą. Chętnie przyjmą tam kogoś z radiostacją. Powiadomiłem o tym swoich eterowych korespondentów – „Szukamy operatora ze sprzętem”. Wyżywienie i kwatera czekają. Dostałem dosyć szybko odpowiedź : chętnym okazał się SP3LOZ.
A tak on sam to wspomina :

„Kiedyś latem w czasie QSO w paśmie 80m namówiłeś mnie na wyjazd do SP7 w celu zabezpieczenia łączności CAS.
Pamiętam, że pojechałem prawie z dnia na dzień a pociąg jechał całą noc.
Na stacji kolejowej czekała na mnie Nysa która zabrała mnie do obozu. Na miejscu zostałem zakwaterowany w domku w lesie. Na drzewach szybko rozpiąłem antenę. Potem wziąłem koc i poszedłem na plażę nad zalew. Byłem tak zmęczony, że
musiałem od razu zasnąć. Pamiętam, że obudziłem się po kilku godzinach - właściwie to obudzili mnie ludzie którzy stali wokół mnie i myśleli, że dostałem udaru słonecznego leżąc ileś godzin na plaży.
Spędziłem tam dwa tygodnie. Mieliśmy QSO w kółeczku stacji harcerskich trzy razy dziennie o stałych godzinach. W wolnym czasie robiłem "prywatne" QSO, mam kilka stron w dzienniku zapisane.
W moim pożółkłym dzienniku widzę oprócz SP3ZCU/7 i SP3ZAH/7 także znaki: SP3LPP/7, SP4PES/7, SP9ZCJ/7, SP7ZET/7, SP5NZ/7 i kilka innych.
Znalazłem właśnie pozwolenie radiowe: SP3LOZ/7 na adres Zarzęcin które ówczesny dyrektor PIR wystawił mi praktycznie z dnia na dzień.
Zabrałem wtedy pożyczony od kolegi TRX i antenę W3DZZ którą na miejscu rozwiesiłem między drzewami.”


I bardzo dobrze się stało, bo :

„Pamiętam regularne QSO i przesyłanie meldunków.
Raz wzywałem przez radio karetkę do jednego uczestnika obozu który mocno się
czymś zatruł.”


W wolnym czasie prowadziłem dla chętnych gawędy o zasadach prowadzenia łączności przez radio. Najczęściej sam chodziłem do namiotów i opowiadałem o łącznościach. Zapraszałem do siebie „na górkę” (tam dokąd wchodzi antena) i posłuchania jak to wygląda w praktyce. Przecież żadna grupowa działalność nie może obyć się bez zapewnienia jakiejś łączności między członkami grupy a także z innymi grupami.
Wskazywałem jak moim zdaniem należy redagować jakikolwiek meldunek do przekazania. Powinien był czytelny, jednoznaczny, zrozumiały dla odbiorcy i krótki. Dawałem przykładowe zadania : „Zredagować treści meldunku o...”. Potem wspólnie ocenialiśmy co było w takiej próbie ‘meldunku’ zbyteczne a czego zabrakło do poprawnego zrozumienia. Taka niby zabawa a nawet się spodobała wielu uczestnikom. Pamiętajmy, że w latach osiemdziesiątych dostępność zwykłych telefonów była niewielka. Można było jedynie wysłać telegram na Poczcie. Kolejki chętnych do założenia telefonu były długie a na naszym osiedlu stała jedna tylko budka telefoniczna. O telefonach komórkowych można było sobie jedynie poczytać a o czyś takim jak stacjonarny komputer i Internet, nawet nie słyszeliśmy. Zaczęły się nieco później, nieśmiało pojawiać ZX-spektrum i Commodor.

Wielu kolegów z sąsiednich stanic zapraszało mnie w odwiedziny. Ale obozowy „łazik” konieczny był do bieżącej aprowizacji i w dodatku miał skąpy przydział na paliwo. No i jeszcze codzienny obowiązek odbioru i przekazywania meldunków w oznaczonych porach odgraniczał swobodę przemieszczania. Pewnego dnia, w komunikacie rozkazali stawienie się wszystkich komendantów podobozów w Bazie. Uprosiłem by mnie też zabrali, bo chciałbym się spotkać z operatorem Bazy. Pojechałem. Miał rozwieszony tzw. „Long wire” czyli „długi drut” jako antenę i do tego uziemienie. Przy piaszczystym podłożu stanicy, dawało to słabe rezultaty przy małych odległościach między nami. Pomogła nieco zmiana uziemienia i podniesienie końca anteny wyżej. Ustaliliśmy też wolniejszy sposób czytania komunikatów aby można było całość spokojnie zapisać. Wyjazd okazał się korzystny.

Te komunikaty z Bazy, przypominały bardziej „wypracowania na temat”, niż komunikaty. Przeładowane zbędnymi słowami. Musieliśmy je jednak dokładnie zapisywać, tak jak odczytywał je operator aby potem dosłownie przekazać Komendzie swojego Obozu. Czasami wyglądały jak artykuł w gazecie. Kilka kartek ręcznie zapisywanych pod dyktando. Ale na tym polegała nasza rola.
Najgorzej miał chyba nasz Oboźny z aprowizacją. Nie zawsze mógł dostać to co by chciał a finanse były bardzo limitowane przy postępującej wtedy drożyźnie. Nie wiem jak to robił, ale głodnym nikt z nas nie był.
Pewnego dnia, odwiedzili nas przemili koledzy z harcerskiego klubu SP3ZAH z Leszna. Objeżdżali wszystkie obozy z własną radiostacją by nadawać z coraz to innego obozowego miejsca. Oczywiście skorzystali z mojej, już wiszącej anteny. Tuż po nich przyjechał też do nas Wojciech SP2JPG. Propagował wtedy (gdzie tylko mógł) „radio-wideo-grafię”. Czyli to co dzisiaj nazywamy SSTV – wysyłanie i odbieranie obrazów na częstotliwościach amatorskich.
Nasze radyjko „domowego wyrobu”, miało tylko pasmo 80m. A ‘obrazki’ były nadawane przeważnie w paśmie 20m. Szczęśliwie radio kolegów z SP3ZAH odbierało to pasmo i zostało użyte. Do odbioru i zobaczenia takiego obrazka, był konieczny monitor z bardzo długą poświatą, bo sam obraz powstawał na takim ekranie bardzo powoli w czasie ponad kilkunastu sekund. Dodatkowo konieczna była specjalna przystawka z układami elektroniki dekodująca sygnał dźwiękowy na linie obrazu. Dzisiaj robi to specjalny program instalowany na komputerze a obraz zapamiętywany jest w pamięci komputera. Następnie ten program go wyświetla na zwykłym monitorze. No, ale wtedy to były dopiero początki takiej emisji w naszym światku krótkofalarskim. Bardzo sympatycznie się złożyło, że te dwie miłe wizyty nałożyły się na siebie. Z ulokowaniem gości nie mieliśmy żadnych problemów a można było zobaczyć coś nowego. A taki monitor, na którym jakiś znak lub linia zanikały dopiero po dłuższym czasie, widziałem tylko w czasie tamtego pokazu.
Szkoda, że nie miałem wtedy żadnego aparatu fotograficznego. Jedyne zdjęcie z tego obozu dostałem od operatora SP3ZAH. Otrzymałem je niedawno i jestem z tego bardzo rad. Prawda, że siebie na nim nie rozpoznałem (ten chłopak to na pewno ja ?), ale żona potwierdziła, że kiedyś tak wyglądałem ! No i te okulary wystające z kieszonki koszuli. Muszę jej wierzyć.

Mrowina

Dziękuję Jurku za tą fotkę !

Upalny był ten sierpień. Raz tylko przeszła nad nami burza z ulewą. Szczęście, że nie grzmotnęło w nic w pobliżu. Namioty i dobytek w nich jednak ucierpiały. Słyszałem tą burzę dużo wcześniej – trzeszczało w ‘eterze’ (i głośniku) coraz mocniej. Na czas odłączyłem i uziemiłem antenę, ostrzegając przy tym Oboźnego i innych. Przyroda robiła nadal swoje i „łaźnia” nas nie ominęła.
Nagle, w szum padającej ulewy, zaczął się wdzierać dźwięk gitary i coraz głośniejszy śpiew. Zobaczyłem przez okienko nad wyraz zaskakujący obrazek – cała nasza harcerska gromada obozowa, maszerowała wężykiem za druhem z gitarą. Wszyscy śpiewali. Strugi wody spływały po nich ale śpiew i granie nie ustawały. To było naprawdę imponujące.
Po tej ulewie cześć „dobytku” została wniesiona i rozwieszona na stryszku baraczku a towarzystwo z bardziej mokrych namiotów poupychało się jakoś w dolnych izdebkach. Suche koce się też znalazły w magazynie. Iście spartańskie warunki nie odebrały tym młodym humorów i pragnienia zabawy. Doprawdy szkoda, że nikt nie zrobił zdjęcia takiego radosnego korowodu w ulewnym deszczu.
Rano słoneczko świeciło jak gdyby nigdy nic. I grzało tak jak przed burzą. Namioty szybko wyschły i to co się nie rozpuściło – też. Ta sama młodzież potrafiła jednak być także zasadnicza i poszukująca nowych rozwiązań organizacyjnych. Składała swoje postulaty i wnioski na różne tematy. Kadra miała nie lada problem by im sprostać.

Wszystko ma swój koniec. Nadszedł czas odjazdu. Jeszcze przed wieczornym apelem pakowanie swoich rzeczy, zwijanie namiotów i rozlokowywanie w izdebkach tak jak po burzy. Bagaże pod wiatą. Zielona noc, pełna pogwarów, wymian adresów itp. Krótka noc przeważnie przegadana lub przedrzemana w niewygodnych pozycjach. Ja też pozwijałem i popakowałem co trzeba. Rano króciutkie śniadanko i autobus zajechał.
Komendant dziękuje uczestnikom, hymn i zwijanie flagi.

Autobus powoli się zapełnia, kolejno drużynami. Odjazd.
Jak zauważyłem, niezależnie od wszelkich postulatów, zadzierzgnęło się wiele przyjaźni a może i coś więcej ? Jedziemy po wertepach (takie były nasze drogi) i myślimy już o domu.
Ja też. Swoje walizy wkładałem ostatni, bo pierwszy będę wysiadać.
Autobus staje przy mojej ulicy, ktoś pomaga mi wyładować walizy. Odjeżdżają, macham na pożegnanie. Miałem nadzieję, że rodzina została uprzedzona i któryś z synów mnie powita. Nie ma nikogo. Taszczę przez te 150 metrów walizkę po walizce. Dzwonię do mieszkania. Nikt mi drzwi nie otwiera. Dzwonię do sąsiadów z dołu – wpuszczają. Pukam do swoich drzwi – cisza. Klucze przecież zostawiłem w domu. Pytam sąsiadów : „Widziałam jak rano z synami wychodziła. Mieli jakieś torby”. Kluczy nie zostawili ? Nie.
Może zostawiła u swojej koleżanki. Biegnę tam – nic nie wiedzą. Jestem niewyspany i zmęczony drogą. Chce mi się położyć na schodach i chwilę się zdrzemnąć. To na nic. Wychodzę na zewnątrz i przyglądam się swoim oknom. Pierwsze piętro, drzwi na balkon zamknięte. Ale to okno obok, tylko półtora metra od balkonu, ma uchylone małe górne okienko. Jestem szczupły, powinienem się zmieścić. Przypomina mi się ten druh wiewiórka. No co z tego że był młodszy. Ale dał radę.
Wracam do walizki z anteną, otwieram, wyjmuję linkę z hakiem. Rozmach i hak zaczepia o balustradę balkonu. Wciągam się do góry, łapię balustradę i jestem na balkonie. Teraz trzeba dostać się do okienka. Zdejmuję buty i boso staję na framudze okna. Łapie krawędź okienka i macam gdzie jest zaczep. Zwalniam zaczep i okienko jest całkiem otwarte. Wciągam się w okienko i daje „nura” głowa w dół, ręce przed siebie dla asekuracji. Udało się !
Otwieram balkon i wciągam linkę. Na chodniku widzę grupkę gapiów. Pozdrawiam ich machaniem. W korytarzu na haczyku wiszą moje klucze. Otwieram drzwi i wnoszę walizki do środka. Linki nie chowam. Szklanka ciepłej wody, jakaś resztka placka, umywam twarz i ręce, otwieram tapczan i spać, spać, spać...

Budzi mnie głos żony : Już wróciłeś ? Dobrze że jesteś !

Kochane życie rodzinne – nie ma to jak w domu !!!


c.d.? - ... może się zdecyduje...

Ela237 - 2017-05-14, 00:20

Wit, ciąg dalszy jest niezbędny :) . Arcyciekawa opowieść. Że posłużę się cytatem "Jak cudne są wspomnienia".
Niecierpliwie czekam. A to tulipan dla Ciebie z podziękowaniem


Wędrowiec - 2017-05-14, 17:35

Wit, też przeczytałam. Skopiowałam i dołączyłam do poprzednich wspomnień i opisów. Powstała spora książeczka :)
Wit2 - 2017-05-16, 23:52

Jak zmieniono nadawców w nasłuchowców


Poprzednio wspominałem o „stanie wojennym”. Musieliśmy wtedy pooddawać do depozytów nadajniki i Licencje. O odbiornikach nie wspomnieli. Tak się złożyło, że uprzednio mogłem korzystać z nadawana pod swoim znakiem jedynie gdy wyjeżdżaliśmy na obozy, terenowe akcje itp. bo swój nadajnik dopiero budowałem. Przy takich wypadach, pracowaliśmy w ‘eterze’ z kolegą na zmiany z naszego klubowego nadajnika. Raz ja, pod swoim znakiem, drugi raz kolega pod klubowym. A potem odwrotnie. Oczywiście, nasz znak klubowy i nasze własne znaki, musiały wcześniej otrzymać od PIR-u osobne pozwolenia na nadawanie z terenowego miejsca. W domu cały czas budowałem swój nadajnik. Nie było to łatwo w tamtych czasach. Wszystkie części trzeba było uzyskać z demobilu i rozbiórki jakichś uszkodzonych urządzeń. Albo też drogą wymiany z kolegami. Były też giełdy części elektronicznych na różnych naszych zlotach. Nawet w Poznaniu, nie było sklepu w którym można by było kupić jakiś konieczny opornik lub kondensator. Tylko zarejestrowane zakłady miały realizowane zamówienia na takie części. Żadne „Allegro” wtedy nie istniało bo przecież i Internetu nie było. Montaż trzeba było wykonywać na własnoręcznie przygotowanych płytkach laminowanych warstwą miedzi. Rysowało się na tej miedzi rozpuszczonym szelakiem przyszłe drogi połączeń a potem wytrawiało się w kwasie wszystkie miejsca nie pokryte szelakiem. Na końcach tych „ścieżek”, wierciło się otwory. Tam potem wsadzało się końcówki różnych elementów układu elektrycznego i lutowało. Jak płytka była już obsadzona tak jak trzeba, należało wszystko razem zestroić. Przyrządy do takiego strojenia pożyczaliśmy sobie wzajemnie.
Tak się złożyło, że mój odbiornik (na 5 pasm amatorskich), miałem już wstępnie zestrojony przed 13 grudnia. Brakującą antenę zewnętrzną, mógł zastąpić nawet cienki miedziany drucik zarzucony na pobliskie drzewo niedalekie od okna. I tak to z konieczności, zabawiałem się w nasłuchowca. Nie tylko ja !

Na niższym (tzw. krajowym) paśmie czyli 3,5 MHz była cisza bo wszystkie polskie nadajniki musiały zamilknąć. Pozamykano je :( . Jedynie wieczorem lub dopiero nad ranem słychać było dalsze stacje z sąsiednich krajów. Jednego razu aż mnie poderwało na baczność – usłyszałem wieczorem na paśmie 80 m, japończyka który wołał „CQ Europ” (wywołanie dla Europy). Nikt mu nie odpowiadał, bo europejskie stacje go nie słyszały. Odległość była znaczna, a on wolał na części pasma przeznaczonego dla dalekich łączności. Był to okres tzw. „aktywnego słońca”. Pojawiało się na nim wiele „plam słonecznych”, czyli było wzmożone promieniowanie jonizujące naszą atmosferę. Powstawał w ten sposób (wysoko nad nami) „parasol” odbijający fale krótkie. To dawało bardzo dobre warunki propagacji fal KF. Stacje naszych sąsiadów (niemieckie, czeskie i szwedzkie) były zajęte sobą i nie zaglądały na część dla DX. U nas była cisza. Nie było nawet słychać normalnego szumu jaki wytwarzają w eterze inne pracujące w pobliżu nadajniki.
Dzisiaj żałuję, że nie przeprowadziłem prawidłowego SWL i nie zanotowałem tego wołania Japończyka. Za kilka lat mógłbym mu wysłać swoją kartę i dostać potwierdzenie... szkoda, jak zwykle po czasie...
Nasłuchiwałem także na innych pasmach, których wtedy nie znałem bo nasze Klubowe urządzenie miało tylko pasmo 3,5 MHz.
W paśmie 7 MHz, które było w całej Europie przeznaczone wyłącznie dla krótkofalowców, rozepchnął się całkowicie nadajnik szeroko pasmowy z Albanii. Nadawał z Tirany, kolejno w siedmiu językach swoją propagandę polityczną. Albania była wtedy krajem wyjątkowym – z nikim nie utrzymywali stosunków dyplomatycznych. Twierdzili, że zachód Europy to sami niecni kapitaliści i krwiopijcy, ZSSR to zakłamana dyktatura chcąca innym narzucić swoją dominacje. Jedynie Albania jest krajem zupełnie wolnym i ma u siebie już od dawna prawdziwy komunizm. Przewodzi nimi Wielki Przywódca tow. Enver Hodża.
Albania nie uznawała żadnych ustaleń „światowego spisku rosyjsko-kapitalistycznego” ani też żadnych przydziałów częstotliwości. Miała swoje własne prawa. Całkiem suwerenne !
Jak przeszli na język słowacki (który jest bardzo podobnym do polskiego), to oświadczyli między innymi „Dla udręczonych pod jarzmem sowieckim towarzyszy czeskich i słowackich, a będącymi wyznawcami Proroka Mahometa, nadajemy ze swobodnego kraju nabożeństwo mahometańskie”. No i nadali. Łącznie z zawołaniami Muezinów po arabsku.
Nadawali potem też w języku polskim (i to z dobrym lektorem) całe 30 minut. Ale żadnego nabożeństwa dla Polaków nie nadawali. Po wielu latach dowiedziałem się, że ten albański komunizm realizowany był też tak, że w domach i fabrykach nie było wcale liczników energii elektrycznej. Nie było też okresowo prądu, bo elektrownie nie nadążały za nieograniczonym zapotrzebowaniem. Ponoć to wg hasła : „Każdemu według potrzeb”. A potrzebował pewnie każdy ! Dopiero po śmierci Przywódcy, nowe rządy zakupywały i zakładały pospiesznie takie liczniki.

Pasmo 20 m (14 MHz), było używane przez kraje w których w danej chwili był dzień, bo z nastaniem nocy pasmo cichło zupełnie. Ale za w dzień dalekie łączności były normalne. Bliskie stacje się nie słyszały, były wobec siebie w strefie martwej.
Kiedyś usłyszałem na tym paśmie rozmowy w języku polskim. Z zaciekawieniem zacząłem się przysłuchiwać. Okazało się, że rozmawiało trzech nadawców – z Wielkiej Brytanii, z Belgii i z Izraela. Każdy wymieniał swój znak i po Prefiksie (pierwsze litery lub cyfry) można było poznać jego kraj nadawania. Przekazywali sobie zgodnie kolejność nadawania i wesoło plotkowali. U nas to się mówiło że pracują w „kółeczku”. Bardzo rozśmieszyło mnie opowiadanie tego kolegi z Izraela: „mam obecnie duża ‘loss’, bo moja ‘daughter’ nie zahamulowała na ‘cross road’ i spsuła mi main ‘car’ na całe 2000 dolar”. Z opowieści można było wywnioskować, że do podstawówki ten nadawca chodził jeszcze w Polsce a potem wyjechał na stałe. Nawet taki łamany język cieszył w tym czasie, gdy nikt z kraju nie mógł się odezwać. Nagle, w czasie przekazywania mikrofonu kolejnemu w tym kółeczku, dało się słyszeć natrętne „brek, brek” (tak się woła, gdy chce się wtrącić do rozmowy). Zapytano „kto brekował ?” Odpowiedział nadawca z Azji, bo chciał koniecznie zaliczyć łączność z jakąś stacją Polską ! Wyjaśnili mu, że wprawdzie wszyscy rozmawiają po polsku ale nadają z innych krajów a stacje z Polski teraz są wszystkie „silent”.

Tak to już jest, że wszystko co miało początek, musi mieć swój koniec. Zaczęto wreszcie stopniowo oddawać licencje i urządzenia. Do domów przychodzili „funkcjonariusze”, przeprowadzali ‘wywiady’, przepytywali też sąsiadów. Najgorsze dla czekających było to, że nie mogli dowiedzieć się „dlaczego jeszcze nie dostali” i kto oraz jakie miał zastrzeżenia do niego. To było tajne. Odwołań nie przewidywano. Tych co jeszcze nie dostali, denerwowało że nieliczni ‘inni’ już mogą nadawać.
Ostatecznie chyba otrzymali wszyscy. Niektórzy jednak po bardzo długim czasie.
Ale było żal trochę tych lat, bo inne kraje poszły wtedy bardzo do przodu. A aktywność słońca co rok będzie mniejsza i okazje na bardzo dalekie łączności będą utracone To bardzo osłabiało poprzedni entuzjazm i zniechęcało. Sporo kolegów zrezygnowało nie wytrzymując takiej niepewności i czekania.

Kilka potwierdzeń (QSL) za późniejsze moje łączności. Ale to nie od tych stacji które wtedy słyszałem w „kółeczku” :d:



Na razie tyle, ale jak nie zanudziło, to może ?
Pozdrawiam + 73 :d:

Ela237 - 2017-05-17, 19:35

Jakie znudziło. Ja bardzo proszę o więcej. Twoje wspomnienia są bardzo ciekawe.
Wit2 - 2017-05-22, 20:21

Może zatem jeszcze garść wspomnień tutaj wcisnę, prosząc o tolerancję :)

Lasy Łochowa – 25 maj, 1984r

Propagowanie walorów swojego środowiska za pomocą imprez krótkofalarskich, rozpoczął Janek SP3AXI konkursem „Leszczyński Polny Dzień” (LPD) z tematem „Wiatraki”. Miał na celu zainteresować odbiorców krajowych swym województwem leszczyńskim i jego zabytkami. Ten konkurs jak i następne LPD tego cyklu, zostały przyjęte w radiowym światku bardzo życzliwie, aktywizując sporą grupę entuzjastów.
Jednym z przyjezdnych uczestników LPD był Tadeusz SP5GTC. Odwiedzał nas także na naszych obozach. Postanowił on przeprowadzić coś podobnego reklamując swój region – Łochowo i lasy w nim rosnące. Dostał akceptację i wsparcie od swojej Komendy Hufca ZHP.
W roku 1984 wszystkie (prawie) stacje klubowe ponownie otrzymały pozwolenie nadawania.
Niektóre indywidualne znaki – też.
Sam wcześniej namówiłem Tadzia do uczestniczenia i przyjazdu do nas na LPD, więc w ramach rewanżu, zobligował mnie teraz do udziału w jego konkursie.
Wyraziłem zgodę, tak jak wielu innych uczestników z poprzednich LPD.
Nasza stacja klubowa dostała już zwrot nadajnika i licencję, niektóre prywatne znaki w Polsce też ale sam jeszcze czekałem na swoją.
Ale do radia każdego aż ciągnęło po takiej długiej przymusowej przerwie.
Ponieważ dla sprawnej obsługi radia przez cały dzień, jeden operator to stanowczo za mało, namówiłem do współudziału i wyjazdu jeszcze troje młodych operatorów : Arletę, Wojtka i Damiana.
W czasie konkursu, kilku operatorów jest bardzo przydatnych. Jak jeden jest przy mikrofonie, drugi może spokojnie notować znaki i czas w dzienniku, trzeci notować w tabelach okręgi i znaki, aby nie powtarzać łączności z tym samym znakiem. Potem mogą się zmieniać. I tak przecież stacje klubowe (z wieloma operatorami) są rozliczane oddzielnie od stacji prywatnych.
(Teraz to robi program komputerowy – notuje i pamięta znaki oraz uprzedza czy już była łączność i kiedy – wtedy jeszcze nie mieliśmy ani komputerów ani takich programów)
Tadziu obiecał odebrać nas ze stacji kolejowej w Łochowie i zawieźć (z całym naszym wyposażeniem) do stanicy w lesie a po konkursie, odwieźć na dworzec. Tak też się stało.
Pojechaliśmy wszyscy czworo autobusem do Poznania, potem pociągiem do Warszawy i przesiadka na pociąg do Łochowa. Pakunków mieliśmy sporo, bo poza sprzętem i osobistymi rzeczami, także wyżywienie dla nas. W lesie przecież restauracji ani sklepów nie ma. Ja zabrałem dodatkowo odbiornik pelengacyjny i kompas. Taki zestaw jak do zawodów „Łowy na lisa”. Dojechaliśmy na miejsce dzień wcześniej, późnym popołudniem. Powinno to zapewnić spokojne zawieszenie naszej anteny, posiłek i wypoczynek. Konkurs miał się rozpocząć o szóstej rano następnego dnia tj. w sobotę.
Stanica była murowanym budyniem z trzema pomieszczeniami. W jednym był piec z możliwością gotowania i kilka garnków. Trzeba było tylko przynieść sobie chrust z lasu. Pryczy i materaców było pod dostatkiem. Miała zasilanie 220 V, doprowadzone drutami napowietrznymi z odległego o 200m drugiego domku, zamieszkanego przez dwie byłe nauczycielki. W niewielkiej odległości od niego, już na skraju lasu, był koniec linii energetycznej z odłącznikiem WN i transformatorem na 4 słupach.
Przed naszą stanicą był plac z miejscem na ognisko. Dookoła był wysoki las.
Chłopcy zajęli się rozwieszaniem anteny a dziewczyna rozpalaniem w piecyku by zjeść coś gorącego i zaparzyć herbatę. Poszedłem do tego domku obok aby zgłosić naszą obecność. Pomyślałem że mogą, widząc kogoś nieznanego, wszcząć alarm o włamaniu do harcówki. Przedstawiłem się i powiadomiłem, że jesteśmy tu legalnie, nie jacyś zabłąkani wycieczkowicze, że zostaliśmy przywiezieni samochodem Komendy ZHP i będziemy tu tylko dwa dni. Obie panie miały miny nieco skwaszone, bo nikt ich wcześniej o tym nie informował. Podałem jeszcze skąd przyjechaliśmy, co będziemy robić i kto jest organizatorem tej akcji. Miałem nadzieję, że to wystarczy.
Antena została sprytnie rozwieszona, zrobiłem próbę strojenia i okazało się, że wszystko jest poprawnie. Słyszałem ładnie i czytelnie stacje pracujące ze wszystkich innych okręgów Polski. Jedliśmy sobie obiado-kolację gdy nagle u nas zgasło światło. Ale w domeczku tych pań się świeciło. Poszedłem sprawdzić, myśląc że to może bezpiecznik długo nieużywany. Miałem zapasowe. Okazało się, że to one same nam wyłączyły, bo „Przecież korzystacie z naszego licznika i kto za to zapłaci ? !”.
Zaproponowałem, że spiszemy stan licznika i przy wyjeździe zapłacimy za zużycie. Nie zużyjemy więcej niż 3 kWh przez te dwa dni. Na zaliczkę chciałem zostawić 100 zł. Nie chciały. Oznajmiły, że muszą się naradzić. Jakoś po godzinie mieliśmy ponownie prąd.
Nastawiłem budzik i poszliśmy spać. Dramat zaczął się rano, gdy rozpoczął się konkurs.
Dawałem wywołanie ale nikogo odpowiadającego na to zaproszenie nie słyszałem. Na całym paśmie słyszałem silny warkot. Nagle przebił się przez niego głos kolegi ze sąsiedniej bliskiej nas, leśnej stacji : „Czemu nie odpowiadacie bo was ciągle wołają ?” Oparłem, zgodnie z prawdą, że mam tak silny warkot na całym paśmie że nie słyszę nikogo poza nim.
Dało mi to do myślenia. Wyszedłem na zewnątrz zabierając „odbiornik na lisa”. Zacząłem przesłuchiwać nim pasmo. Poza stacjami „z lasów”, też wszędzie tylko warkot. Ten odbiornik miał możność zlokalizowania kierunku źródła zakłóceń – przecież tak szuka się „lisów” radiowych. Za głównego podejrzanego uznałem odłączniki tego trafo na słupach. Może poranna rosa zrobiła nam psikusa i tam zaczęło coś nagle iskrzyć. A rosa była duża i po chwili miałem przemoczone i buty, skarpetki a także nogawki. Ale nie, odbiornik prowadził mnie do linii zasilającej naszą stanicę. Poprzedniego dnia było wszystko w porządku, a po ponownym załączeniu nam zasilania, nie sprawdzałem. Zapukałem do domku. Musiałem pukać długo. Nawet bardzo długo. Otworzono mi dopiero po dłuższym czasie (była sobota, godzina 6:30, pewnie spały). Zapytałem, który bezpiecznik ruszały. Pokazały niechętnie. Odkręciłem i znalazłem przyczynę. Cały mosiężny styk bezpiecznika, był zesmażony przez iskrzenie od słabego docisku. Tak samo wstawka pod bezpiecznikiem. Te iskry powstające w punkcie zasilania, wytwarzały fale radiowe wokół przewodów zasilających i były odbierane przez naszą wiszącą w pobliżu antenę. Oczyściłem wstawkę śrubokrętem i wkręciłem nowy bezpiecznik. Już nie byłem taki grzeczny jak poprzedniego dnia. Powiedziałem, że przejechaliśmy kilkaset kilometrów by propagować ich region a one złośliwie nam to uniemożliwiły. Obiecałem to zgłosić organizatorom. Dodatkowo mogły u siebie wywołać pożar takim nieuprawnionym majstrowaniem przy instalacji. I to była prawda !
Po wymianie bezpiecznika, warkot znikł i łączności zaczęły przebiegać normalnie. Sam już nie wołałem, za bardzo byłem zdenerwowany. A miałem wcześniej nadzieję na dobre miejsce wśród leśnych stacji. Szkoda. Niektóre stacje uczestniczące już nas nie chciały wołać, pamiętając poranny brak odpowiedzi na ich wołania. Młodzi radzili sobie wyśmienicie ale cenny czas i cała nasza nieco męcząca podróż, poszły na marne.

No, nie do końca – zdobyliśmy niechciane doświadczenie na przyszłość – zawsze sprawdzić stabilność zasilania!! Albo mieć swoje rezerwowe J
Po zakończeniu tej akcji, spotkaliśmy się króciutko z niektórymi przyjezdnymi i czas było wracać. Po latach, można już wspominać i patrzeć na wszystko z dystansem.

Mimo to, mam nadal poczucie, że wtedy źle zadbałem o towarzyszącą mi młodzież. Mieli mieć przecież miłą i atrakcyjną wyprawę. Wyszło inaczej. I to była wyłącznie moja wina.
Prawda - byli formalnie pełnoletni, zgodzili się dobrowolnie, ale ja byłem starszy i to ja zaproponowałem wyjazd. Robili wszystko bardzo dobrze, a ja zamknąłem się w sobie ze złym humorem. Nie dostali ode mnie należnych słów pochwały i nie wspierałem ich gdy pracowali. Przez to mam do dzisiaj poczucie swojej winy.
W takich akcjach, miejsce zajęte we współzawodnictwie, powinno być mniej ważne od zadowolenia z uczestnictwa. Zawsze może się wydarzyć coś nieprzewidzianego i trzeba się z tym liczyć wcześniej.
Na tym wyjeździe to ci młodzi się sprawdzili a nie ja !
I to była dla mnie nauka na przyszłość. Staram się nie zrobić nigdy podobnego błędu.

Wojtek jest teraz ojcem dwójki wykształconych, dorosłych dzieci i najlepszym komputerowcem jakiego znam. Damian został inżynierem i zbudował samodzielnie kilka radionadajników wykorzystywanych teraz przez innych. Też ma dzieci i mieszka za Poznaniem. Obaj uczestniczyli wcześniej w akcji „Bieszczady 40”.
Z Arletą straciłem kontakt. Nie była z naszego miasteczka ale znaliśmy się wcześniej z obozów i kilku kursów krótkofalarskich. Była wtedy młodą, ładną i miłą dziewczyną. Dobrze zorganizowana i co najważniejsze, kochała łączności przez radio. Prowadziła je w miły i sprawny sposób.
Zapewne sobie dobrze radzi, bo zawsze była energiczna i rozsądna oraz czytelnie pisała. Jej pismo można do dzisiaj swobodnie odczytać. Nie tak jak moje.

I znowu – nie mam żadnej fotki z tej przygody. Ale w pamięci coś zostało. Szkoda że nie można tego wyświetlić... lub przeskanować na ekran...

Znalazłem tylko dwie kartki QSL z tamtego wyjazdu, naszą klubową SP3ZCU/5 i stacji SP5ZBL/5, która przyjechała na tą imprezę z Mińska Mazowieckiego.


„Co było, to było, co może być - jest
A będzie to co będzie
Lecz zawsze to miło, że nie brak nam miejsc
Do których wracamy pamięcią”


c.d. ? - pomyśli...

Ela237 - 2017-05-23, 19:17

Szkoda, że nie można zeskanować zasobów naszej pamięci.
Wit, bardzo dziękuję. A tym piękniej, że też mam wspomnienia związane w Łochowem. A dokładniej są to wspomnienia mojej mamy. Właśnie w Łochowie, w częściowo zrujnowanym pałacu, była z dziećmi na koloniach. Był to pewnie 1949 lub 1950 rok. Pobyt obfitował w przeróżne wydarzenia, warunki były mocno spartańskie i dodatkowo w pałacu bywał duch dawnego właściciela. Po tych przeżyciach moja mama nigdy więcej nie pojechała na kolonie jako wychowawczyni. A ja odwiedziłam Łochów kilka lat temu. Pozwolę sobie wkleić zdjęcie pałacu.


Wit2 - 2017-05-30, 20:25

Witacie wytrwali :d:
Pozwolę sobie wkleić następny fragment moich wspomnień :


Łowy na lisa

Wspominałem poprzednio o zabraniu odbiornika do „łowów na lisa” na konkurs „Lasy Łochowa”. Wyjaśnię tutaj o co chodzi.
Wszystkim pewnie obozy harcerskie kojarzą się z leśnym środowiskiem, spaniem pod namiotami i gawędami przy ogniu. Także podchodami, nocną wartą obozową i zdobywaniem jakichś ‘sprawności’.
Każdy współczesny człowiek winien umieć posługiwać się mapą i poznać znaczenie znaków topograficznych. Posługiwanie się kompasem magnetycznym jest proste i nie wymaga treningów. Na tej podstawie można organizować „Biegi na orientacje” (ang. foot orienteering), które będą niedługo dyscypliną olimpijską a z pewnością zawsze są piękną zabawą zwłaszcza dla młodzieży. Na obozach harcerskich często stosowaną. Jak każda inna sportowa zabawa na świeżym powietrzu.
. Wystarczy teraz do tego dołożyć kilka mini nadajników radiowych małej mocy i razem wyjdzie urozmaicony konkurs sprawnościowy.

Tak zrodziła się „Amatorska Radiolokacja Sportowa” (w skrócie ARS) zwana u nas „łowami na lisa”. Na świecie nazywają to ARDF (Amateur Radio Direction Finding).
W Polsce, zawody są cały czas organizowane przez PZRS (Polski Związek Radiolokacji Sportowej).
Zawody międzynarodowe organizowane są przez International Amateur Radio Union.

Jeżeli są zawody, musi być też regulamin zawodów. Potrzebni są też sędziowie do oceny i nagrody do uzyskania.

Nie wnikając w szczegóły, kilka mini nadajników (o mocy 1 do 5 watów) rozlokowuje się i zamaskowuje w tajemnicy w terenie (najlepiej leśnym) i zasila się je z baterii lub akumulatorków. Biorący udział w zabawie, musi je odszukać za pomocą namiarów swoim odbiornikiem i dostosowaną anteną. Przewidziane są dwie kategorie : pasmo 3,5 MHz (80m)
oraz pasmo 144 MHz (2m). Na pasmo 2m, anteny są z natury kierunkowe ale sporych rozmiarów. Przeważnie używane są typu „Yagi” 3 elementowe lub wykonane wg opracowania HB9CV jako 2 elementowe. Obie są kłopotliwe w czasie biegania z nimi, zwłaszcza w gąszczu leśnym. Z powodu ich dużych rozmiarów (1m x 05m). Widać to na dołączonych zdjęciach.

Co musi mieć zawodnik poza szczerą chęcią i dobrym zdrowiem ?
Musi posiadać swój odbiornik radiowy (na pasmo w którym startuje), umożliwiający określenie kierunku sygnału. Do tego słuchawki i kompas magnetyczny. Oraz własny zegarek i zapasowe baterie do odbiornika. Także dowód tożsamości ze swoim Nazwiskiem.

Od organizatorów dostaje kartę startową, zkserowaną mapkę terenu zawodów (w skali 1: 25000 lub dokładniejszą) i kamizelkę z przydzielonym numerem startowym. Na mapce oznaczone jest miejsce startu i mety.
Po otrzymaniu sygnale do startu, musi przebiec korytarz startowy (ok. 100m) i tam dopiero załączyć swój odbiornik by zlokalizować ‘lisy’.

W czasie zawodów jest 5 nadajników, nadających morsem swój numer przez minutę, potem nadaje następny. Wszystkie ‘lisy’ nadają swoje numery na tej samej częstotliwości ale nie jednocześnie. Kolejni zawodnicy wypuszczani są co 5 minut. Mierzony jest czas każdego zawodnika od startu do mety. Zwycięża ten, kto najszybciej dobiegł do mety i odnalazł wszystkie „lisy” (obojętnie w jakiej kolejności). Musi mieć to potwierdzone na swojej karcie startowej. Każdy „lis” ma doczepioną pieczątkę z numerem ‘lisa’ i na karcie startowej zawodnik ją odbija.
Rozmieszczenie ‘lisów’ przeprowadza się tak, aby można było przebyć całą drogę i zaliczyć ‘lisy’ w czasie do ok. 2 godzin. Dystans biegu jest zależny od sprytu zawodnika i zamyka się w przedziale 6 do 10 km. Teren zawodów jest oznaczony taśmą lub chorągiewkami. Blisko ukrytych ‘lisów’, znajdują się sędziowie. Jest też sędzia startowy, sędzia na mecie i sędzia główny.

Miałem okazję zdać egzamin na sędziego oraz uczestniczyć w kilku zawodach. Wielokrotnie jako sędzia przy ‘lisie’ i raz jako startowy. Oglądałem też przeróżne konstrukcje odbiorników. Niektóre z nich zachwycały profesjonalizmem wykonania. Fabrycznych wtedy nie było. W tamtych latach dopiero zaczynały się pokazywać układy scalone. Pracowity nasz kolega Zbyszek, wykonał własnoręcznie kilka takich odbiorników. I taki też miałem w Łochowie. Ważne, że działał i można nim było szukać ‘lisów’ lub zakłóceń.

Niejednokrotnie mogłem obserwować zachowanie się zawodników. Raz, zobaczyłem przedzierającego się przez krzaki chłopaka, biegnącego pędem prosto na ‘lisa’. Widocznie namiar na kierunek miał świetny. Bałem się tylko by „mojego” ‘lisa’ nie rozdeptał. Przebiegł nad nim i popędził dalej. Potem dopiero zawrócił, ponowił namiar i postemplował ‘lisa’ na swej karcie. Lisa ukryłem dobrze i trudno go było zauważyć. Ale pieczątka z kartką była bardzo widoczna i wisiała na gałązce. Regulamin wymaga aby nie można było zauważyć ‘lisa’ w odległości większej niż 5 metrów od niego. Mogłem stwierdzić, że dziewczyny bardzo dobrze sobie radzą. Czasem lepiej niż chłopcy. Biegną częściej ścieżkami ale baczniej się rozglądają. Taki sposób daje lepsze wyniki.
Po każdych zawodach, w grupach było zawsze wiele emocji, gwar i omawianie który ‘lis’ dla kogo był najtrudniejszy do wykrycia.
Moi synowie też brali udział w takich zawodach. Niedawno rozmawiałem o tym z synem. Otrzymał on nagrodę za drugie miejsce. Dzisiaj on ma swojego, żonatego już syna, a mimo to z prawdziwą emocją wspominał jak to przed laty został tuż przed metą wyprzedzony przez innego. I przez stratę 2 sekund nie zajął pierwszego miejsca.

Jednego razu, odwiedził nas na obozie treningowym nasz dobry znajomy Wojciech SP2JPG z Bydgoszczy. Lubił do nas przyjeżdżać. Właśnie odbywaliśmy ćwiczebne zawody. Przyszedł zobaczyć. Byłem wtedy sędzią przy lisie. Podszedł do mnie, przywitaliśmy się a on powiedział : Właśnie znalazłem trzeciego lisa, jeszcze tylko dwa – podszedł do gałęzi z pieczątką i odbił sobie numer na ramieniu :) . Spytałem – jak Ty szukasz lisów bez odbiornika ?
Odpowiedział : Znam regulamin i wiem, że blisko lisa musi być sędzia. Jak ktoś nie biega, nie ma odbiornika ze słuchawką i anteną, to musi być sędzią. Jak w pobliżu jest ‘lis’, to też musi mieć antenę – zobaczyłem właśnie drut na tej sośnie, nie ważne, że w brązowej koszulce. W żadnym naturalnym lesie takie druty nie wiszą :) .
A mnie się wydawało, że ‘lisa’ i antenę dobrze zamaskowałem...

Zapamiętałem tą rozmowę i potem zawsze zabierałem ze sobą także odbiornik dla zmylenia szukających. Pokazuje to, jak ważne jest logiczne myślenie w każdych okolicznościach. Więcej warte nieraz niż sprzęt. No i znajomość regulaminu. Ostatecznie Wojciech zdobył komplet pieczątek i potem się tym słusznie chwalił.

Dzisiaj każdy kto chce, może sobie kupić gotowy zestaw do samodzielnego polutowania własnego odbiornika. Są to tzw „Kity” (Kit - komplet części składowych dostarczonych w pakiecie przez producenta, do samodzielnego złożenia). Dołączony jest też często opis montażu i strojenia. Zachęcam zaglądnąć i chwilę poczytać.

Np. ten : "kit szkolny” AVT−2162
http://elportal.pl/pdf/k15/21_15f.pdf

Albo inny :
http://www.qsl.net/pa3fdc/tech/hrx80/hrx80r1b.gif

Wygląda po zmontowaniu tak :
http://www.qsl.net/pa3fdc/tech/hrx80/


Dołączę kilka zdjęć polskiej ekipy startującej w międzynarodowych zawodach w Oslo z 2016 roku w konkurencji 2 m (144 MHz)




Fotografie pochodzą ze strony - http://www.pzrs.org.pl/244-galeria/

Miłego oglądania życzę :lol:


Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group